W Kozakach 2 jest fajny motyw, który podkreślają wszyscy producenci filmów o tamtych czsach.. może głupio zbudowałem to zdanie, ale zaraz wyjaśnię – otóż dowódcy zawsze mówią „Stać.. stać .. stać.. OGNIA” dopiero w ostatnim momencie nakazując otwarcie ognia. Tak samo jest w Kozakach 2 – wojsko samo nie strzeli,czeka na Twój rozkaz. Dlatego trzeba nauczyć się cierpliwości, bo jeżeli wystrzelimy zbyt wcześnie to niestety nasze oddziały mogą zostać bardzo poturbowane.. pzeciwnik bowiem spokojnie sobie podejdzie i odda salwę z dwa razy mniejszej odległości, zadając tym samym dwa razy większe straty.. czyli już osiąga pewną przewagę, gdyż obaj się wycofujemy i oczywiście przeładowujemy bronie.. jednak on z 120 ma 90 żołnierzy, a ja natomiast z poczatkowych 120 mam 60… czyli połowę.
Niewielkie straty mogę zadać połową oddziału, a przecież po stracie 70% oddział panikuje bez względu na morale.. dlatego radzę naprawdę wykazać się cierpliwością – ta gra tego od nas wymaga.. trzeba wyczuć moment, kiedy oddać strzał – najlepiej gdy wróg jest bardzo blisko ale tuż przed jego salwą – żeby już mniej żołnierzy mogło strzelać. To nie jest poprzednia część tej gry, gdzie można było spokojnie biegać zwykłymi jednostkami i siać zniszczenie w oddziałach wroga.. chociaż tam faktycznie trzeba było wysłać sporo więcej tych samych jednostek bez dowódcy niż wróg miał w oddziale, to jednak było to realne. Natomiast w Kozakach 2 nierealnym jest pokonanie oddziału wroga przez nawet masową ilość różnych pojdenyńczych żołnierzy.. Moja akademia została zniszczona, uniwersytet również i niestety nie mogłem wyprodukować żadnego oficera.. natomiast strzelców miałem dosyć sporo, bo było ich ponad 300. W środku miasta stały dwa okopane oddziały wroga (tak wiem, nie powinienem był ich tu wpuścić ale jednak się stąło) i kpiły sobie z moich ataków.. nie dawałem im chwili wytchnienia ale to nic nie dawało, ciągle zabijali moich rekrutów i nie mogłem nic z tym zrobić.. śmieszne, bo musiałem sprowadzać z drugiego końca mapy oddziały zdolne do usunięcia zagożenia z mojej stolicy.

Fatalne okazało się to w skutkach,gdyż osłabiłem zachodni przyczułek i straciłem go na kilkanaście minut.. a odzyskanie musiałem przypłacić krwią, i to dużą ilością. Ostatnio rozegrałem jeden z najśmieszniejszych meczów w życiu.. oczywiście teraz tak mówię, bo podczas gry wcale mi do śmiechu nie było, szczególnie jak to wróg miał szczęście a nie ja. Bo gdy to moje wojska wygrywały w śmieszny sposób to mi się podobało.. znaczy nie tyle śmieszny co dzięki szczęściu. Nie wiem na przykład w jaki sposób dwa oddziały żółtodziobów wroga wysłane jako mięso przeciwko salwie elity mojego wojska zdołały przeżyć, a na dodatek rozbić mój okopany oddział.. to jakiś bug w grze musiał być, przecież to jest nierealne.. ci muszkieterowie wytrzymywali w miejscu ataki kilkunastu oddziałów a co dopiero jakiś rekrutów.No cóż, takich sytuacji było kilkanascie podczas całego meczu, więc oczywiście pod koniec mieliśmy ten sam komentarz „lol, that game was really funny”.. No ale cóż, tak samo jak w życiu realnym to w wojnie w świecie wirtualnym szczęście również odgrywa swoją rolę.. mniejszą czy większą to już zależy od wielu czynników, również działania silnika gry – ja naprawdę sądzę, że czasami on nawala, nie wydaje mi się, żeby twórcy gry pomyśleli o czymś takim jak „szczęście”. Bardzo irytujący fakt, ale niestety prawdziwy – rekruci srają pod siebie już po pierwszej salwie przeciwnika. Jeżeli zaatakuje on z czerwonej lini ognia to niestety rekruci zaczynają uciekac, chyba, że mają niesamowite szczęście i zgineło ich mniej niż „powinno” po strzale z takiej odległości. Bardzo to utrudnia wyszkolenie weteranów, gdyż po prostu nie dożywają oni dwóch bitew, a co dopiero kilkunastu. Jednak znalazłem na to dosyć dobry sposób – wystarczy wyznaczyć „mięso armatnie” oraz oddziały które docelowo mają zostać elitą naszego wojska. Pierwsze wysyłamy mięsko armatnie oczywiście, a potem naszych przyszłych weteranów ze śmiertelną salwą.. wróg jest już bezbronny a na odległosć noża nie damy mu podejść. Kilka takich manewrów i mamy tak potrzebnych weteranów.. a weterani już o wiele łatwiej zdobywają doświadczenie.. bo przecież ustoją na miejscu, prawda? Sposoby walki w tamtych czasach są naprawdę szokujące.. chociaż narzekam na uciekających żołnierzy to w sumie nie ma się czemu dziwić – w życiu bym nie szedł pod lufy kilkuset muszkieterów, przecież to samobójstwo, szczególnie w pierwszej lini.